Wednesday, February 21, 2007

Mars Volta - Amputechture (Universal, 12 września 2006)







Rok 2006 wydaje się być rokiem klęski dwóch grup w obiecujący i twórczy jak dotąd sposób łączących ciężkie gitarowe granie z tradycją rocka progresywnego. W maju muzyczne sepuku popełnił Tool za pomocą bombastycznego 10,000 Days, jesień należy bez wątpienia do The Mars Volta. I lista grzechów wydaje się być bardzo podobna. Panowie Omar Rodrigez - Lopez i Cedric Bixler - Zavala, podobnie jak członkowie Tool, powinni wypisać sobie wielkimi literami na ścianie sali prób trzy słowa - "prostota", "pokora", "komunikatywność", a potem udać się na muzyczne rekolekcje do Roberta Frippa. Temat - Jak nagrywałem "Discipline".



"Amputechture", owoc muzycznego partnerstwa (jak głosi okładka płyty) Rodrigeza i Bixler - Zavali, przyrządzony przy udziale siedmiu dodatkowych muzyków (wśród nich John Frusciante), to niestety mocno niestrawny koktail chaosu, rozbuchanych ambicji i barokowych aranżacji. Słuchacz raz po raz potyka się o pełzające we wszystkich możliwych kierunkach (skądinąd momentami całkiem ciekawe) muzyczne motywy, autoparodie i cytaty. Jak diament wśród tego całego dźwiękowego bałaganu jaśnieje kompozycja "Meccamputechture", oparta na ciekawej sekcji rytmicznej, nosząca znamiona tego, co tak zachwycało na "De-Loused In The Comatorium" - perfekcyjnego połączenia free-jazzowej intensywności, progresywnego rozmachu, liryki i matematycznej dokładności aranżacji.


No cóż, jedna ciekawa kompozycja na ponad siedemdziesiąt minut to trochę mało. Koncertowe "Scab Dates" wydawały się być wypadkiem przy pracy. Dziś wygląda na to, że były symptomem poważnej choroby.

Tuesday, February 20, 2007

Magnetophone – I Guess Sometimes I Need To Be Reminded Of How Much You Love Me


Matt Saunders i John Hanson tworzący brytyjski duet o brzmiącej z francuska nazwie Magnetophone, uwielbiają zestawiać ze sobą całkowite przeciwności. Zacznijmy od tego, iż nagrywają dla zasłużonej wytwórni 4AD, a na ich debiutanckiej płycie I Guess... trudno odnaleźć brzmienia charakterystyczne dla firmy Ivo Watts-Russell’a. Połączyła ich miłość do klasycznego rocka (Led Zeppelin, The Velvet Underground), zajmują się awangardową muzyką elektroniczną. Gdy po czterech krótszych wydawnictwach przyszedł czas na pełnowymiarowy album, jasne było, że panowie Saunders i Hanson będą próbowali jak za pomocą dźwięków zestawić razem ogień i wodę, – czyli w tym wypadku delikatne ambientowe podkłady i chrzęszczące, połamane, hałaśliwe beaty. Tajemnicą muzyków pozostanie jak udało im się zawrzeć w tej w zasadzie dosyć minimalistycznej muzyce tak wiele emocji i uczucia. Brawa dla 4AD za odwagę, która była potrzebna by wydać tą wspaniałą, ale nie kryjmy, nie najłatwiejszą w odbiorze płytę.

Tuesday, January 25, 2005

The Chemical Brothers - Push the Button


Na tej płycie panowie Rowlands i Simons znaną z "Come With Us" narkotyczną, elektroniczną psychodelię mocno przyprawili etniczną pulsacją. Poczynając od singlowego "Galvanize" przyozdobionego wmiksowanymi fragmentami z kompozycji Najata Aatabu i z lekka afrykańskiego "Hold Tight London" pięknie inkrustowanego wokalem Anny - Line Williams, po instrumentalne Marvo Ging. Dodajmy do tego hip-hopowe "Left Right" z gościnnym udziałem brata Mos Def-a Anwara i delikatne, pozytywkowe "Close Your Eyes" a otrzymamy zgrabną płytę, nadającą się zarówno do nocnych klubowych szaleństw, jak i porannego, niedzielnego chill-out`u. Chemical Brothers wciąż trzymają równy, mistrzowski poziom.

Tuesday, June 24, 2003

The Mars Volta - De-Loused In The Comatorium


"Nie próbujemy ożywić Genesis, nie udaję, że jestem Peterem Gabrielem przebranym za kwiat i śpiewającym o goblinach" sarkastycznie stwierdza wokalista The Mars Volta Cedric Bixler Zavala. Jednak to właśnie debiutancki album grupy stworzonej przez niego wraz z gitarzystą Omarem Rodriguezem - Lopezem na gruzach świetnego emo-punk-metalowego At The Drive-In, przynosi jedną z najbardziej twórczych i zaskakujących reinterpretacji progresywnego etosu. The Mars Volta nie ma nic wspólnego ze smętnymi prog-rockowymi pogrobowcami, jeśli szukać analogii wśród współczesnych zespołów to jest tu coś z psychodelii The Coral, szaleństwa Mr Bungle, muzycznego bogactwa Radiohead, melodramatycznej epickości Tool, jest wreszcie coś z Voivod (szczególnie z czasów Nothingface i Angel Rat.) Gdy sięgnąć głębiej oczywiście natrafimy na King Crimson w swoim mocniejszym, konstrukcyjno hard - rockowym wydaniu, barrettowskie Pink Floyd i Yes z czasów Fragile. Dziesięć przebogatych muzycznie kompozycji, gościnnie dwaj zachwyceni muzyką The Mars Volta członkowie Red Hot Chili Peppers - John Frusciante i Flea, za konsoletą zaś sam Rick Rubin.

Friday, February 21, 2003

The Darkness - Permission To Land


"Does Humor Belong in Music?" - pytał, retorycznie zresztą, w tytule jednej ze swych płyt Zappa. Takie albumy jak debiut The Darkness potwierdzają, że stary Frank z pewnością się nie mylił. Brytyjczycy zaserwowali nam najlepszy rockowy kabaret od czasu zeszłorocznego płytowego debiutu Tenacious D. Permission To Land to dziesięć błyskotliwych, momentami diabelnie przebojowych kompozycji, (posłuchajmy na przykład Growing On Me czy świetnego Get Your Hands Off My Woman) podanych w wyjątkowo nieświeżej konwencji stadionowego pop-metalu. Dysponujący bohaterskim falsetem Justin Hawkins jest wokalistą doskonałym, wyciskającym łzy śmiechu i zadziwiającym swymi możliwościami zarazem, reszta grupy to świetni instrumentaliści, dzielnie trzymający się przyjętej konwencji. Długie pióra, tygrysie wdzianka o dekolcie kończącym się gdzieś w okolicach pępka i hipermetalowe gitary strzelające laserowymi promieniami - panie i panowie, jednym słowem - The Darkness.

Tuesday, May 14, 2002

Moby – 18


Moby - jest postacią wielce oryginalną - weganin walczący o prawa zwierząt, niegdysiejszy marksista mający wśród przodków Hermana Melville - jednego z najsłynniejszych amerykańskich pisarzy, autora Moby Dicka (stąd zresztą pochodzi pseudonim artysty), ortodoksyjny katolik niezbyt pasujący do mocno hedonistycznego, klubowego świadka, muzyczny dziwak grzebiący w starych nagraniach, a zarazem dzięki sukcesowi albumu Play gwiazda światowego formatu. Nowa płyta nowojorczyka, lakonicznie zatytułowana 18 jest równie intrygująca co jej autor. Moby 2002 to chłodne, ambientowe przestrzenie, filmowe orkiestracje, melancholia i szczypta gospel. Moby śpiewa sam (zimno falowy We Are All Made Of Stars może się stać dużym przebojem), zaprosił również gości, by wspomnieć choćby o pojawiającej się w Harbour Sinead O'Connor. Bardzo nastrojowa, najlepiej sprawdzająca się po kilkakrotnym przesłuchaniu płyta.

Tuesday, May 7, 2002

Tom Waits – Blood Money


Od początku lat osiemdziesiątych, a konkretnie od czasów pracy nad soundtrackiem do „One From The Heart”, Tom Waits począł przekształcać się z folk – jazzowego piewcy zadymionych spelunek, złamanych serc i podejrzanych życiorysów w artystycznego eksperymentatora jako swego medium używającego również kina i teatru. Zaowocowało to prócz plejady świetnych ról kinowych u Jarmusha, Hectora Babenco i Coppoli, współpracą z awangardowym reżyserem teatralnym Robertem Wilsonem i napisaną wraz z żoną, scenarzystką Kathleen Brennan sztuką „Frank’s Wild Years”. Wspólną teatralną przygodę państwa Waits i Wilsona dokumentował jak dotąd jedynie wydany w 1993 roku album „Black Raider”, zawierający muzykę do przedstawienia opartego na tekstach Williama Burroughsa. Tym większa radość dla fanów Waitsa, artysta przygotował dla nich prawdziwy rarytas, dwie premierowe płyty z utworami, które w latach dziewięćdziesiątych rozbrzmiewały ze scen europejskich teatrów. Pierwsza z nich „Blood Money” zawiera trzynaście kompozycji nawiązujących do „Woyzecka” Georga Buchnera. Rozedrgane, śmietnikowe marsze z Waitsem śpiewającym głosem oszalałego Louisa Armstronga przeplatają się tu z rzewnymi, lekko perwersyjnymi balladami takim jak „Coney Island Baby”. „Blood Money” to Waits w najwyższej formie, gdzieś po środku drogi między swym ekscentrycznym knajpianym jazzem z lat siedemdziesiątych a eksperymentami z czasów „Swordfishtrombones”.