
Od rozpoczynającego płytę wściekłego uderzenia ściany dźwięku w Lightsabre Cocksucking Blues i „No New Wave No Fun”, poprzez brzmiący jak zapomniany utwór Pixies „Collagen Rock”, i korzenny brytyjski punk w „Dethink To Survive”, aż po monumentalny noise-rock w „To Hell With Good Intentions”. Skojarzenia z Pixies i Nirvaną są w przypadku drugiego w dorobku McLusky dużego albumu jak najbardziej na miejscu. Andy Falkous potrafi śpiewać (hmm.. jeśli to odpowiednie słowo) w równie szalony sposób jak Black Francis, dynamicznym, soczystym i zarazem mocno garażowym brzmieniem „McLusky Do Dallas” przypomina ostatnią studyjną płytę grupy Cobaina. Nic w tym dziwnego – producentem najnowszego dzieła Walijczyków jest nie kto inny jak Steve Albini – mający na swym koncie między innymi „Sufer Rosa” Pixies i „In Utero” Nirvany.
