
"Nie próbujemy ożywić Genesis, nie udaję, że jestem Peterem Gabrielem przebranym za kwiat i śpiewającym o goblinach" sarkastycznie stwierdza wokalista The Mars Volta Cedric Bixler Zavala. Jednak to właśnie debiutancki album grupy stworzonej przez niego wraz z gitarzystą Omarem Rodriguezem - Lopezem na gruzach świetnego emo-punk-metalowego At The Drive-In, przynosi jedną z najbardziej twórczych i zaskakujących reinterpretacji progresywnego etosu. The Mars Volta nie ma nic wspólnego ze smętnymi prog-rockowymi pogrobowcami, jeśli szukać analogii wśród współczesnych zespołów to jest tu coś z psychodelii The Coral, szaleństwa Mr Bungle, muzycznego bogactwa Radiohead, melodramatycznej epickości Tool, jest wreszcie coś z Voivod (szczególnie z czasów Nothingface i Angel Rat.) Gdy sięgnąć głębiej oczywiście natrafimy na King Crimson w swoim mocniejszym, konstrukcyjno hard - rockowym wydaniu, barrettowskie Pink Floyd i Yes z czasów Fragile. Dziesięć przebogatych muzycznie kompozycji, gościnnie dwaj zachwyceni muzyką The Mars Volta członkowie Red Hot Chili Peppers - John Frusciante i Flea, za konsoletą zaś sam Rick Rubin.
